Dzień dziesiąty

Już tylko jedna noc w Stambule przed nami. Uroczystość wręczenia medali odbyła się. Tradycyjny bankiet nie odbył się. Jutro wracamy do Polski. Z mieszanymi uczuciami, bo każda z naszych reprezentacji przyjechała do Turcji walczyć o medal. I choć wszystkie walczyły dzielnie, udało się tylko połowie z nas. Ale wszystkim przybyło nowe doświadczenie, które - miejmy nadzieję - zaprocentuje już niebawem, na kolejnych dużych imprezach!

Ceremonia zakończenia mistrzostw była ...średnia. Najsłabszym punktem było długie, nudne przemówienie Giannarigo Rony, przerywane czasem wymuszonymi przez oratora oklaskami. W tym oklaskami za organizację mistrzostw, na który to temat moglibyśmy pewnie z panem Roną dyskutować*. Z kolei z mojej perspektywy były dwa mocne punkty. Pierwszym z nich były podkłady muzyczne puszczane przy wywoływaniu medalistów do strefy podium. Przed dekoracją dziewcząt słuchaliśmy TEGO, przed jangsersami - TEGO, a przed juniorami - TEGO. A jak Francuzki odbierały złote medale, to ich ekipa intonowała (do czego wcześniej zdążyła przyzwyczaić, zwłaszcza po zwycięskich meczach) - MOTYW GITAROWY Z TEGO KAWAŁKA. Drugim plusem było uhonorowanie drużyny juniorów Botswany (w całości) Joan Gerrard Award. Wprawdzie niektórzy członkowie polskiej ekipy mieli odmienne zdanie, ale według mnie (a i zdecydowanej większości uczestników, którzy bili niewymuszone przez Gianniego brawa długo i na stojąco) - wybór jak najbardziej rewelacyjny! Sympatyczni Afrykanie przegrywający mecz za meczem (zazwyczaj w stosunku 0:20) potrafili bowiem rewelacyjnie się bawić przez cały czas trwania zawodów, nie zniechęcając się swoimi wynikami, a przy tym mieli świetne kontakty z innymi nacjami, choćby z naszymi Dziewczętami. Jednemu z Botswańczyków zresztą wpadła w oko Agnieszka, ale, choć kusiło, nie skorzystała z propozycji, by usiąść mu na kolanach! Po otrzymaniu nagrody juniorzy i juniorki reprezentujący Czarny Ląd - dali na scenie pokaz tańca (wciąż w rytm oklasków), co było najlepszym podsumowaniem ich udziału i wspaniałej zabawy w Drużynowych Mistrzostwach Świata Juniorów w brydżu sportowym :-)

* Muszę zaznaczyć, że dzisiaj po raz drugi zjadłem naprawdę smaczny posiłek, a dzięki kooperacji z Kasią, udało mi się nawet podwójną porcję uzyskać. Piszę o tym m.in. dlatego, że rzeczywiście tutejsze jedzenie nie było najwyższej jakości, a przynajmniej nie trafiało w polskie podniebienia. Również wykluczenie uczestnikom korzystania z jakichkolwiek atrakcji kampusu przy jednoczesnej dużej ilości czasu wolnego - zaliczyć należy do minusów. O wspólnych łazienkach i braku klimatyzacji napomknę tylko gwoli wyjaśnienia, dlaczego (między innymi, bo powodów można znaleźć więcej) niekoniecznie nie wszyscy mieli jednakowe zdanie co do kwestii organizacyjnych jak szef wszystkich szefów - pan Rona.

***

Na koniec - kilka słów podsumowania. To były moje pierwsze (niewykluczone, a nawet prawdopodobne, że ostatnie, wszak byłem tu trochę w zastępstwie) zawody w roli NPC. Dziękuję z tego miejsca Mirkowi Cichockiemu za zaufanie, którym mnie obdarzył, proponując, bym pojechał z Dziewczętami. Ale przede wszystkim dziękuję Całej Drużynie, która zagrała bardzo przyzwoite zawody, odpadając z turnieju po meczu z naprawdę bardzo mocnym tego dnia rywalem. Co warte podkreślenia, mimo porażki i niespełnionego marzenia o medalu, Dziewczęta potrafiły zachować pogodę ducha, dobrą atmosferę w grupie do samego końca, a dodatkowo zagrać kolejny dobry turniej - BAM, w którym awansowały do finału A, a podium (na marginesie - zajęte przez same mocne drużyny) było całkiem blisko. Dziękuję za wspólnie spędzony czas i wspaniałe sportowe emocje (alfabetycznie - imionami): Agnieszce, Oli, Ani, Justynie, Oldze i Zosi. Na koniec podziękowania dla Kasi Dufrat za duże wsparcie, fachową pomoc i autentyczne zaangażowanie w zawody. Fajnie było być częścią tego Teamu.

Dzień dziewiąty

Udało się! Polscy Juniorzy wywalczyli brązowy medal, choć przez spory kawałek dnia wydawało się, że i dziś możemy być świadkami kolejnej niespodzianki, bo Francuzi po trzech segmentach prowadzili różnicą 20 imp. Chłopaki potrafili jednak utrzymać nerwy na wodzy i w końcowych rozdaniach rozbili rywali. Jednym słowem - chłopaki (też) lubią brąz!

Trzeba sobie powiedzieć, że ciężko dziś się grało naszym przeciwko Francji. Przed ostatnim segmentem trzeba było mieć nadzieję, że przyjdą rozkłady, które pozwolą odrobić straty. I przyszły. W dodatku niespodziewanie NPC rywali desygnował do gry nierozgrzaną parę rezerwową. Już dwa pierwsze rozdania wysforowały na prowadzenie biało-czerwonych, ale to był początek wymiany ciosów. Chwilę potem Kluk z Tuczem nie zagrali szlema w trefle, który padł łupem pary francuskiej, a Pawcio z Kubusiem nie dostrzegli w licytacji szans na szlemika karo, którego nie przeoczyli rywale. Znowu trzeba było odrabiać. Ale wtedy doszło do wspomnianej już, piorunującej końcówki, w której duuużo impów zasiliło nasze konto.

Brawo, Chłopaki: Jess, Kubuś, Kluk, Tucz, Maciek, Sławek! Wprawdzie nie udało się wywalczyć "złota", ale Polska już ładnych parę lat nie stała na podium Drużynowych Mistrzostw Świata w kategorii juniorów, więc trzeba się cieszyć z tego "brązu" jakby to było końcowe zwycięstwo!

Jak wiadomo, na końcowy sukces zawsze składa się mnóstwo małych, niepozornych, często zdawałoby się nieistotnych czynników. Jednym z nich w przypadku naszych juniorów był ...okrzyk bojowy! Jednowyrazowy, jednosylabowy*. Nie mogę tu napisać jaki, ale jeśli kogoś czujny węch prowadzi w stronę sceny z filmu "Seksmisja", w której bohaterowie nie mogą sobie poradzić z "ohasłowaną" windą - będzie już blisko celu.

Nie tylko jednak panowie dziś walczyli. Nasze Dziewczęta po awansie do finału A turnieju BAM, zaczęły bardzo dobrze decydującą rozgrywkę. Awansowały po pierwszym segmencie na szóste miejsce i zaczęły być widoki na miejsce na podium. Słabsza trzecia sesja zakończyła się spadkiem na dziesiąte miejsce, a przyczynił się do tego rzadki błąd - gra na tych samych liniach w jednej z rund. Zamiast 4:0 z rundy, było 2:2. W ostatniej sesji Dziewczęta zagrały świetnie, zdobywając 13 na 16 możliwych VP, ale to wywindowało je tylko na ósme miejsce, ze stratą ...0,4 VP do piątej lokaty i niespełna 5 VP do podium. Tak czy inaczej - brawo za ten turniej!

Warto przy okazji wspomnieć, że niejako "obok" BAM-ów, Ola prowadziła szeroko zakrojoną kampanię mającą na celu zwiększenie Jej szans na zdobycie Joan Gerrard Award, dla Najświetniejszej Uczetniczki Mistrzostw. Amerykanie, Francuzi, Hindusi - kogo sobie Ola nie owinęła wokół palca! Pewnie gdyby dziś można było zmieniać głosy, wygrana byłaby murowana, a tak dotarły do nas przecieki, że ponoć któraś z Australijek ma odebrać statuetkę. Za późno Ola rozpoczęła swój finisz, ale niewątpliwie zostanie zapamiętana przez wszystkich nowopoznanych przyjaciół :-)

W turnieju Juniorek Francja wysoko ogrywa Chiny, a właściwie ...Chiny same wysoko się ogrywają. Wreszcie pękły, dla nas - o dwa dni za późno. Włoszki z kolei odprawiły z kwitkiem Holandię, która - jak my - nie zdobędzie medalu.

Jutro wieczorem - ceremonia zakończenia. Wcześniej jedziemy pozabijać nieco czas w mieście: plac Taksim, Grand Bazzar...

Czy ktoś z Bolesławca to czyta i może potwierdzić, że Lippik nie zapalił od wczoraj żadnego papierosa?!

* jednowyrazowy, jednosylabowy i ...rodzaju męskiego

Dzień ósmy

Nie do wiary! Polscy juniorzy też nie zagrają o złoty medal... Po połowie meczu z Norwegią wydawało się, że mecz bliski jest rozstrzygnięcia, a tymczasem Skandynawowie przechylili szalę na swoją stronę. Poland Girls, po przegranym ćwierćfinale z Chinkami, przystąpiły do turnieju Consolation (grają tam drużyny, które nie dotarły do półfinałów - ze wszystkich turniejów). I wywalczyły awans do finału A!

Jako że do Consolation przystępowaliśmy w drugim dniu jego trwania, na starcie otrzymaliśmy mniej więcej wynik średni, co oznaczało, że aby awansować do finałowej 12-tki, trzeba się było trochę napocić. Pierwszą z czterech sesji kończymy na 18. miejscu, potem kolejno przesuwamy się o dwa "oczka", o trzy, aż wreszcie po świetnej ostatniej sesji - awansujemy na miejsce dziewiąte. Trzeba podkreślić, że cały dzień grały Ania Maduzia i Zosia Bałdysz, a wielki wpływ na końcowy sukces miała Ola Jarosz, która na drugim stole grała a to z Agnieszką, a to z Olgą, a to z Justyną. Ola postanowiła, że szczególnie koncentrować będzie się na rywali skośnookich. Oj, nie mieli z Nią oni łatwego życia. Trafne decyzje licytacyjne i ogólna lekkość gry Oli, przy dobrej, równej grze drugiej pary oraz kolejnych Partnerek Oli - musiał dać awans do finału. Sztuka ta nie udała się natomiast naszym młodszym kolegom z reprezentacji Youngsters.

Cały dzień śledziłem z zaciekawieniem mecze półfinałowe w turnieju dziewcząt. Francja tak szybko odjechała Włochom, że tej potyczce, siłą rzeczy, poświęciłem mniej uwagi, choć w końcówce Włoszki były o mały włos od odwrócenia losów przegranego, zdawać by się mogło, meczu. W związku z tym obejrzałem całkiem sporo rozdań z meczu Holandia - Chiny. I co? I Chinki połknęły kolejną przeszkodę, a ja nie mogłem wyjść z podziwu, że cały czas grają w dwie pary, i cały czas jest to gra momentami ocierająca się o perfekcję. Holandii nie pomogła nawet świetna postawa Natalii Banaś, która jako jedyna we wszystkich trzech turniejach wygrała 6 karo w takim oto rozdaniu. Wist pikowy zabity asem i widać, że trzeba trafić waleta karo, a potem jeszcze się nie pomylić w wyrabianiu kolorów. Nellka szybko puściła 9-tkę karo wkoło, odwrót treflowy zabiła asem. Teraz 10-tka karo, która się utrzymała i wyrobienie trefli (droga przez kiery była zgubna, choć po tym początku rozgrywki, pomylić się już było ciężko). Brawo! Ale nawet takie sztuczki to było na Chinki za mało.

W finale zagrają Chiny z Francją. Jedyne dwie drużyny, które mogliśmy sobie wybrać na rywala w ćwierćfinale. Oj, nie poukładało nam się to wszystko.

Wrócę jeszcze na chwilę do meczu Holandia - Chiny. W trzecim segmencie trafiły się dwa naprawdę ładne rozdania. Najpierw Magda Ticha (Holandia) pięknie rozgrywała 3 bez atu w rozdaniu nr 6. Wist treflowy zabity w drugiej lewie w stole, karo do króla, karo w koło, E bierze asem, odwraca w trefla. Teraz karem do damy w stole i pik do 10-tki, pik do damy, pobity królem i odwrót w pika, który rozgrywająca bije asem i gra w pika po raz czwarty. E musi wziąć lewę i zagrać spod damy kier, dając dziewiątą lewę na waleta. (jeśli coś w rozgrywce pomyliłem, próbując oglądać cztery stoły mniej więcej równolegle, pewnie mnie Paweł jutro sprostuje). Chwilę potem Chinki rewanżują się piękną, składną obroną kontraktu 4pik za 300. A jeszcze chwilę potem okazuje się, że to nie Ticha rozgrywała, a jeden z Norwegów, i nie Chinki broniły, a Jassem z Wojcieszkiem. Tylko operator na BBO przez 6 czy 7 rozdań nie ogarnął zmiany składów przy obsługiwanym przez niego stole. Jako ciekawostkę podam fakt, że Magda Ticha (lub jej partnerka) w przywołanym rozdaniu 3 ba przegrała, mimo że grała z ręki N i dostała lewę kierową na waleta na pierwszym wiście!

Wieczorem Argentyńczycy zaproponowali nam grę w piłkę nożną. "Turcy będą mieć piłkę" - reklamowali. Skusiło się nas 6 czy 7 osób z polskiej ekipy. Na początku nie było jednak ani Argentyńczyków, ani Turków, ani piłki, ani światła, a zapadała już ciemność. Po kilku minutach przyszli Argentyńczycy, potem Turcy, którzy nawet mieli piłkę, ale raczej taką balonową, nie nożną. Turcy nawet zaczęli wydzwaniać po dyrekcji ośrodka z apelem o włączenie świateł. Słychać było jak relacjonowali, że zebrała się tu międzynarodowa śmietanka futbolowa: "Są Polacy, Argentyńczycy" - tłumaczyli. Światła jednak wciąż się nie zapalały. Zrobił się mały międzynarodowy skandal :-)

Dzisiaj znowu obyło się bez gwiazdek. I'm so sorry.

PS. (zamiast gwiazdki) Paweł wieczorem upewniał się, czy to ja jestem NPC Dziewcząt, w obawie, że ktoś pomyśli, że pisał o mnie. Dementuję, nie pisał o mnie. Nie wyjeżdżam ze Stambułu przed niedzielą. Uczestniczę z Dziewczętami w Consolation :-) 

Dzień siódmy

Po wczorajszej relacji otrzymałem kilka sygnałów, że fajnie się czyta, i że życzy się sukcesów naszej Drużynie. Dziś trudno było siąść do klawiatury, bo nigdy nie jest łatwo przegrać, choć tym razem rywal był naprawdę silny i zagrał wyjątkowo dobrze: celnie i skutecznie. Odpadamy w ćwierćfinale z Chinkami.

Pierwsze trzy ćwiartki były niezwykle wyrównane, w żadnej z nich ani jedna z drużyn nie wygrała więcej niż różnicą kilku IMP. Najpierw odrobiliśmy impa, potem straciliśmy sześć, potem siedem, do czwartej ćwiartki siadając z nastawieniem, że jednak stratę 13,7 IMP uda się odrobić. Powiedzieliśmy sobie zresztą, że co jak co, ale wygrać z Chinkami jeden z pięciu (wliczając mecz w round robin) 14-rozdaniowych segmentów, musi się udać. Ale zaczęło się od trafnego dla Chinek rozdania nr 1 na obu stołach, potem bardzo celna kontra na częściówkę i nagle strata wzrosła do ponad 25 IMP. Była szansa na odrobienie dystansu w TAKIM ROZDANIU. Rozgrywała Agnieszka, zawodniczka E blokowała pikami, potem 4-krotnie dołożyła do kierów. Zagranie 10 trefl w końcówce na impas, przy singlowej 9-tce u E, dawało sukces. Ale kto by tak zagrał przy stole, bo przed komputerem pewnie było łatwiej? I tak odrobiliśmy 2 IMP, bo Chinka poległa bez dwóch. Na marginesie: szlemika wygrano tylko na dwóch stołach w rozgrywkach juniorów (z czego raz po wiście Damą trefl, po którym rozgrywka nie sprawiała kłopotu), i raz w kategorii youngsters. Ci, którzy grali końcówkę, brali też 10 lub 11 lew.

Potem były już tylko rozpaczliwe próby odrabiania strat, które przy szczęśliwej grze Chinek, pełzły na niczym. Do teraz ciężko uwierzyć, że były w stanie zagrać tak dobrze i tak mało błędów popełnić w całym meczu.

Podsumowując cały turniej, z grubsza, mimo nienajlepszego początku, Drużyna zagrała bardzo dobrze w round robin, zajmując trzecie miejsce. Żal, że nie udało się dogonić drugich Holenderem, wówczas ćwierćfinałowy rywal byłby znacznie łatwiejszy. A tak musieliśmy wybrać między jednak głównym faworytem (jednak, bo pod koniec eliminacji, dopadł je spory kryzys) - Francją, a Chinami, z którymi polskim juniorkom zawsze grało się ciężko.

Nie udało się, ale mimo to wszystkie Zawodniczki zasługują na ciepłe słowa, nie tylko za dobrą, równą grę, ale również - bardzo honorowe, godne zniesienie porażki.

Odpadli z turnieju również polscy Youngsters. Polegli z Francją różnicą ...1 IMP. Wielka szkoda. Medal był tak blisko. Chłopcy pokonali podobną do Dziewcząt drogę - po słabym początku, przebili się do czuba turnieju w round robin, a w ćwierćfinale musieli uznać wyższość rywala.

Za to bez najmniejszych problemów awans wywalczyli Juniorzy. Turcja tylko przez 10 pierwszych rozdań meczu stawiała zacięty opór, potem stawiała już ...przy stole :-). Gratulacje dla Chłopaków i oby oni dotarli na najwyższy stopień podium!

Jutro czwartek, dołączamy do turnieju "Consolation", rozgrywanego systemem BAM (punkt za rozdanie). Jutro czwartek - Roland przestaje palić. Tak przyrzekał, że uczyni, po zdobyciu złotego medalu przez Kids.

A propos Kids - umknęło w poprzedniej relacji... Jakub Patreuha został pierwszym laureatem Joan Gerard Award, nagrody dla zawodnika, który zyskał uznanie innych ekip jako ogólnie sympatyczny gość :-) My dziś oddawaliśmy głosy w tej samej kategorii wśród dziewcząt. Na pierwszych miejscach jednomyślnie wskazaliśmy Angelę Badi i Tebogo Caiphus z Botswany. Zobaczymy, czy dzięki naszym głosom sympatyczne Afrykanki wygrają!

Dziś relacja mniej zabawna nawet od tych najmniej zabawnych, które przecież - w porównaniu do relacji Pawła - i tak były mało zabawne. Ale są takie momenty, gdy trudno zdobyć się na rzucanie żartami z rękawa. Może jutro będzie (nieco) lepiej z formą?

Dzień szósty

Katarzyna powiedziała mi, że za długie piszę teksty, co może zniechęcać do czytania. Jak jednak mawiał Adaś Krysa*, brat Pumby, obecnego tu na mistrzostwach: "Co zrobisz? Nic nie zrobisz." No i w moim przypadku - też nic nie zrobisz, po prostu ciężko mi się ograniczyć. Ale dla tych, których interesują tylko fragmenty dotyczące Pawła, mała podpowiedź - przeczytacie o Nim zawsze w ostatnim akapicie. Spokojnie więc można przewinąć :-)

Dzień zaczął się od miłego, sympatycznego akcentu. Otóż bowiem w ręce nasze wpadł biuletyn, w którym to przedstawiono wszystkich naszych złotych Kidsów. Najbardziej w głowie utkwił mi fragment na temat naszego "Słodziaka", jak ochrzciła Go Ola, Michała Maszendy: "He hopes to become a top player and his favourite player is Grzegorz Narkiewicz". Nieuświadomionych uspokajam, obaj Panowie pochodzą z Bielska koło Płocka. Temperamenty - całkowicie różne.

A propos "Słodziaka", nasza piąta kolumna w reprezentacji Holandii, Nellka, wypytywała wczoraj Michasia, co tam w szkole, jakich ma kolegów, koleżanki, by na koniec ni stąd ni zowąd zapytać, czy lubi Olę... Michał okazał się mistrzem dyplomacji i wybrnął fantastycznie w swojej odpowiedzi, której jednak tu nie przytoczymy, by została tylko dla świadków tej sytuacji.

Dziś dzień wolny od gry, postanowiliśmy powycieczkować nieco. 3/4 naszej reprezenacji, wliczając coachostwo**, w towarzystwie Youngsters: Pumby, Premiera i Sopla, postanowiło wybrać się na plac Taksim, stamtąd spacerkiem, ostro w dół, do Kabatas, skąd stateczkiem popłynęliśmy na wyspę Buyukada. Wyspa przeurocza, choć ma jedną małą wadę; powitała nas swojskim zapachem, który nasunął jednoznaczne skojarzenie (wkrótce potem potwierdzone): tu nie jeździ się samochodami, tu jeździ się zaprzęgami konnymi. Zjedliśmy mały lunch, co poniektórzy skorzystali z okazji, że tak daleko od Koc University, i "zgasili" *** Efesa. Na koniec Sopel dostrzegł w porcie, że można z łatwością zejść dwoma kamiennymi stopniami do Morza Marmara. Przez pierwszą minutę mu zazdrościłem, w drugiej zacząłem kalkulować, że to może być jedyna szansa, by w ciągu 11-dniowego pobytu w Turcji w środku lata, też się zanurzyć. 30 sekund później też byłem w wodzie. Tylko 5 minut, a tyle radości! (W tym samym czasie Ola relaksowała się w tureckim gabinecie rozkoszy, z Nellką, od której jednak nie udało się Jej wydobyć choćby strzępów taktyki na play-offy. Z kolei Justyna nadrabiała braki snu)

Do Stambułu po raz pierwszy w życiu leciałem samolotem. W Stambule po raz pierwszy jechałem metrem. (Liznął człowiek świata!) Metro w Stambule jest bardzo fajne. Z 45 kilometrów w 2004 roku, zrobiło się 141 km. A w 2019 ma być już ponad 450 kilometrów. Imponujące! Ale stambulskie metro ma jeszcze jeden fajny element - wyświetla niesamowicie zgrabną kreskówkę instruktażową o zagrożeniach, jakie mogą Cię spotkać, gdy będziesz nieuważny. Zapamiętać należy, aby nie bawić się telefonem komórkowym, bo ten może wpaść na tory, a gdy już wpadnie, broń Boże, nie sięgaj po niego! Jeśli jednak się na to zdecydujesz, niech nikt Cię nie trzyma za rękę, grozi to porażeniem prądem, a na końcu bardzo możliwe, że w tunelu pojawi się pociąg. Jak się skończyć może taka przygoda, na szczęście twórcy filmu nie pokazali, w kadr wkładając planszę z ostrzeżeniem w języku tureckim.

Jutro gramy na Chinki, wiele wskazuje na to, że rywalki zagrają w dwie pary. My zaczynamy z Justyną i Olą w pokoju otwartym i Agnieszką z Olgą w pokoju zamkniętym. 4*14 rozdań. Na dzień dobry do odrobienia mamy 1,67 imp, co jest pokłosiem nieznacznie przegranego meczu z eliminacji. Trzymajcie kciuki za Dziewczęta, ale i za inne reprezentacje: Juniors (przeciw Turcji) i Youngsters (grają z Francją).

Na koniec jeszcze jedna smutna konstatacja. Smutno się jakoś zrobiło po wyjeździe Kids przed naszym "pawilonem O". I nikt już do Dziewczyn nie mówi: "Fryto" ani "Waflu"... ****

* Adaś, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, 5 lat temu świętowałeś w Stambule, jeśli nie poplątałem dat, 18-tkę! :-)

** taka nowomowa, niby nic, ale zawsze o jedną "gwiazdkę" więcej w tekście, nie?

*** pozdrowienia dla Maćka Janeczko, popularyzatora określenia "zgasić"! (pobiłem gwiazdkowy rekord!)

**** sorry za ostatni akapit, do którego odsyłałem naiwnie fanów Pawła. Ale ile można się "wozić" na czyimś nazwisku, trzeba w końcu odciąć tę pępowinę i się usamodzielnić. (a teraz już wyśrubowałem rekord tak, że na pewno go nie zdołam pobić...)

Dzień piąty

Kidsi mają złoto. Girls mają trzecie miejsce po eliminacjach (i w pakiecie - Chinki jako ćwierćfinałowe rywalki). Youngsters mają czwarte miejsce po eliminacjach. Zaś juniorzy mają prowadzenie na trzy mecze przed końcem round robin. Dobry dzień w Stambule!

Rano zaczynaliśmy na Botswanę, drużynę, która tylko w dwóch meczach zanotowała wynik lepszy od 0:20. Choć początek był doskonały (43:0 po 4 rozdaniach), dopiero ostatnie rozdanie przyniosło nam pełną taryfę. Dziwny rywal, dziwny mecz, ale to dobrze, że potrafiliśmy "trafić" ze słabszymi rozdaniami na drużynę, przeciw której nie miały one kompletnie żadnego znaczenia :-) Mecz z Turcją również miał dziwny przebieg. Najpierw mozolnie Turczynki budowały swoją przewagę, imp po impie, aż osiągnęły pułap 11 IMP, potem z kolei my, imp po impie, odrabialiśmy, aż osiągnęliśmy 12 IMP, co dawało nam prowadzenie. Moment dekoncentracji w ostatnim rozdaniu kosztował nas zmianę skromnego zwycięstwa w skromną porażkę, ale nie zepchnął nas z trzeciego miejsca, które pozwalało dokonać wyboru rywala w 1/4 finału.

Jako pierwsze wybierały Włoszki, wskazując - zgodnie z przewidywaniami - na Węgierki. Potem Holandia wybrała USA i dla nas zostały: Francja i Chiny. Z Chinami tracimy tylko 1,67 imp (na skutek eliminacyjnej porażki różnicą 5 imp), z Francją strata byłaby trochę większa. W przypadku przebrnięcia tej przeszkody, w półfinale zagramy z Holandią lub USA. Ale, jak niektórzy niefortunnie przy kolacji mawiają, aby zagrać w półfinale, trzeba wygrać ćwierćfinał * (gwiazdka - ze specjalną dedykacją dla guru brydżowej blogosfery).

Teraz zasłużone parę zdań dla MISTRZÓW ŚWIATA MŁODZIKÓW! Zgodnie z wcześniejszymi moimi fanowskimi deklaracjami i wpisami, ta drużyna musiała zdobyć złoto! I tak jak przypuszczałem, zacięty mecz półfinałowy z Chinami może nawet się do tego przyczynił! Wprawdzie w pierwszej i drugiej tercji nasi nie potrafili wysforować się na wyraźne prowadzenie, raz po raz budując przewagę, a potem ją tracąc, jednak trzecia część była już ich popisem. Brawo Kaźmierczaki, Michały, Tomek i Kacper! Przy okazji - trochę prywaty... Warto otóż bowiem wspomnieć, że Chłopcy do mistrzostw przygotowywali się w Stasikówce, zdobywając zresztą dużą sympatię wszystkich naszych Obozowiczów! A część z nich jest stałymi bywalcami naszych letnich szkoleń.

Na koniec muszę się pochwalić. Pochwalić się pochwałą uzyskaną od samego Pawła. Paweł powiedział, że świetnie mi idzie i udzielił kilku koleżeńskich wskazówek. Ujął je w trzy zgrabne punkty: (1) za dużo o rozdaniach; (2) za mało o mnie (czytaj: Pawle); (3) za mało zabawnie. Po głębszym zastanowieniu zaczynam mieć wątpliwości, czy ta cała pisanina ogólnie nie jest do d...? Ale w końcu na błędach się człowiek uczy!

Skądinąd wiem, że niektórym, mimo tych niedoskonałości, na które prekursor polskiej blogosfery zwrócił (słuszną!) uwagę, się podoba! Z tego miejsca pozdrawiam tą (jeszcze nieliczną) grupę fanów, ze szczególnym uwzględnieniem Pani Eli.

* odmiana kuflizmu, mająca swe korzenie w stwierdzeniach Kazimierza Górskiego, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie.

Dzień czwarty

Czwarty dzień rywalizacji za nami, ale nim przejdę do relacji brydżowej, wspomnieć muszę o jednym zapomnianym fragmencie z wczorajszego wpisu. Otóż tuż przed wejściem na Grand Bazar, chcieliśmy skosztować miejscowy kebab lub wyroby z „rodziny kebabowej”. W tym czasie próbował nam sprzedać perfumy jeden z lokalnych handlarzy. W pewnym momencie zaoferował, że odda wszystkie flakoniki za …Olgę. A Olga, tak samo jak każda inna z pozostałej piątki Zawodniczek, jest nam akurat bardzo potrzebna. Transakcja nie mogła zatem dojść do skutku. Wczoraj, w drodze na nielegalną wieczorną wizytę na basenie, Justyna próbowała ze mnie wyciągnąć informację, jaki jest plan minimum na dziś. „Mirek zawsze sobie notował takie rzeczy” – zachęcała. Idący z nami Kluk oszacował, że 48 VP. Przyznałem, że wynik między 45 a 50 VP jest realny i będzie oceniony jako dobry. A tymczasem udało się nam uzbierać ponad 51 VP, mimo że Amerykanki stawiły bardzo duży opór i za półmetkiem dopiero wyrównaliśmy na …6:6, by dopiero w końcówce nabić impów. Z Norwegią z kolei mieliśmy bardzo dobry początek, co pozwoliło odnieść kolejne wysokie zwycięstwo. Indie były najłatwiejszym przeciwnikiem i byliśmy bliscy wzięcia pierwszej taryfy… Do dzisiaj żałowaliśmy, że nikt przeciwko nam nie sprezentował nam na prostej drodze jakiegoś 800 czy 1100, no i sobie wymodliliśmy. Hinduskie dziewczęta dwukrotnie dały szansę pobrania takich wyników Agnieszce i Oldze, które – choć zaklinają się, że rywalki licytowały w pełnym ataku – nie omieszkały skorzystać z okazji przyjęcia sympatycznych suwenirów. Gdy o meczu z Indiami mowa, warto przedstawić JEDNO ROZDANIE, które mogło dać nam upragnioną taryfę, a zamiast tego, postradaliśmy 1,6 VP. Po silnym otwarciu Ani 1 trefl, zawodniczka po lewej weszła 1 karo, Zosia dała kontrę punktową, przeciwniczka z prawej 2 kier, po dwóch kolejnych pasach – kolejna kontra od Zosi, Ania – 2 pik, rywalka z lewej – 3 kier, Zosia – 3 pik, które Ania podniosła do końcówki. Ta została skontrowana przez rywalkę z prawej. Z czym dziewczę z Indii kontrowało? Z niczym, ale pomyliło system i przyjęło, że jej partnerka na wejście 1 karo ma min. 5-4 na starych, co oznaczać mogło tylko jedno: Ania z Zosią grają na 6 atutach! Kontra była więc „oczywista”. Tu zaczęło się Ani nieszczęście. Wist kierowy zabiła w ręce i zagrała w atu, z lewej dziesiątka, ze stołu – król, po czym walet pik na impas damy u kontrującej. Niestety, to dziewczę z lewej miało D10 sec i chwilę po wzięciu niespodziewanej lewy, zgrało asa karo i podało przebitkę. Na nic zdała się interwencja u sędziego, że był „rozjazd” w tłumaczeniach po obu stronach zasłony, i że kontra była z kosmosu. Tyle się możemy pocieszać, że zawsze lepiej, że taka sytuacja przytrafiła się teraz, a nie w play-off. A jeśli już o play-off mowa, to doprawdy ciężko przewidzieć jaka będzie końcowa kolejność po round robin. Wczoraj stawiałem, że, bez cienia wątpienia, eliminacje wygrają Francuzki. Dziś trzeba to zrewidować; to Włoszki są niemal pewne, że będą sobie mogły dobierać rywalki w kolejnych rundach. A Francja może nawet wypaść poza pierwszą czwórkę! My mamy do nich tylko 6,5 VP straty i teoretycznie najłatwiejsze mecze spośród wszystkich czołowych drużyn. Najpierw zagramy z Botswaną (Ania – Zosia, Justyna – Ola), a następnie z Turcją (Aga – Olga, Justyna – Ola). Dwa wysokie zwycięstwa mogą nam dać nawet drugie, bardzo komfortowe, miejsce! Choć z taką grą, jaką obecnie prezentują wszystkie pary, wydaje się, że jesteśmy w stanie wygrać naprawdę z każdym! Jak radzili sobie inni? Juniorzy – trzecie miejsce, ale z coraz większą przewagą nad kolejnymi drużynami. Youngsters – już w ósemce, z perspektywami na awans do pierwszej trójki, z uwagi na dobry rozkład gier. Kids – w finale! Choć mecz z Chińczykami będą pamiętać do końca życia. Nam, kibicom, też napędzili stracha, ale sądzę, że paradoksalnie łatwiej im się teraz może grać w finale przeciwko Francji. Dziś wreszcie trafiła nam się wymarzona pogoda. Zamiast potwornych upałów, normalna temperatura i mniej więcej od południa cały czas wieje. Wieczorem przeszła całkiem spora ulewa, po której wcale wiatr się nie uspokoił. Ponoć mamy na kilka dni spokój od upałów. Wieczorem, po zakończonych zmaganiach przy brydżowym stoliku – kidsi, schoolsi, juniorzy oraz jeden z NPC zagrali w piłkę z dwoma Argentyńczykami i dziewczyną nie do końca wiadomej narodowości. Trzeba przyznać, że dziewczyna dawała radę! Ale oczywiście na boisku brylował Paweł Jassem, którego nawet po kilku nietuzinkowych zagraniach nazwano „Kaźmierczakiem”, co miało oznaczać, że zaszedł komplement. Paweł, jako że w piłkę nożną, podobnie jak w brydża sportowego, gra bardzo dobrze, ale się z tym nie obnosi, sam kilkakrotnie komplementował swoich kolegów z drużyny, ale też rywali, nazywając ich (lub je, zagrania) często „Kaźmierczakami”. Nie do końca wiemy, czy punktem odniesienia był brydżysta mocno pukający do kadry juniorów, ale blokowany przez JJJ (jednego-jeszcze-juniora) – Wojtek Kaźmierczak, czy też byłe złote dziecko polskiej piłki, obecnie trenujący w Górniku Łęczna – Przemysław Kaźmierczak. Z innych ciekawostek: czołowy polski junior wygooglał dziś znaczenie terminu: LIBIDO. Oczywiście zapomniałem najważniejszego; w tekście nie ma nic oznaczonego gwiazdką. To tak jakby tekstu w ogóle nie było. Gwiazdka jest natomiast u Pawła, stąd zachęcam do śledzenia Pawło-bloga. U niego jest znacznie śmieszniej. U mnie też byłoby śmiesznie, ale boję się napisać o przeżyciu Agnieszki, gdy dane Jej było zobaczyć Chińczyka (lub innego Tajpeja), który … i tu się muszę pożegnać :-)

STAMBUŁ – po trzecim dniu

Na początku był Jassem. Paweł Jassem. I jego zabawny blog, bo Paweł – jak sam o sobie pisze – pisze zabawnie. Tenże Pawłowy blog był inspiracją dla moich relacji (stąd kilkukrotne odwołania do tego Autora!), z których pierwsza, czego żałuję, ukazuje się dopiero po trzech dniach turniejowych zmagań w Stambule. Czemu tak późno? Pewnie przez dotychczasowe wyniki. Wcale nie tak słabe, jak się niektórym wydawało. Ale też właśnie z tego powodu, że niektórym się coś (na odległość) mogło wydawać, trudno było się „tłumaczyć” z pierwszych niepowodzeń.
Do Stambułu jechaliśmy z Dziewczętami, wiedząc, że początek będzie trudny, bo raz, że pięć najgroźniejszych drużyn przytrafiło nam się na dzień dobry (a może i sześć, bo jeszcze Australia!) i siłą rzeczy rywalki odskoczą, a dwa – w naszym składzie większość stanowiły nowicjuszki, które pierwszego dnia dopiero zapoznawały się z imprezą, a tu od razu trzeba było grać na najlepszych (lub najmniej wygodnych – vide: Węgierki z ich liderką Brigittą, której czar omamia, na różne sposoby, nasze brydżystki i brydżystów). W dodatku Zosia już po pierwszym swoim meczu zgłosiła, że fatalnie się czuje, co sprawiło, że zadecydowaliśmy o przedłużeniu aklimatyzacji poprzez odpoczynek i kolejne 1,5 dnia zagraliśmy w dwie pary.
Szczęśliwie wszystkie cztery pierwsze porażki (vs Francja, Włochy, Węgry, Chiny) nie były wysokie, dzięki czemu trzy kolejne zwycięstwa z: Holandią, Australią i Tajwanem (warto dodać, że każdy po bardzo przyzwoitej grze na obu stołach!), pozwoliły nam nie tylko awansować do ósemki, ale też znacząco zmniejszyć dystans do czołówki. Teraz liczymy, że naprawdę jest już z górki i jeszcze w eliminacjach powalczymy o drugie-trzecie miejsce, pozwalające na wybór rywala w ćwierćfinale.
A jak idzie innym polskim ekipom? Juniorzy – cały czas w czubie, ale nie może być inaczej, bo – wiadomo – gra tam Jess, który niejeden tytuł mistrzowski ma w swej kolekcji i z niejednej brydżowej piekarni rozdania kosztował, a w Stambule stara się swoim doświadczeniem obdzielić całą drużynę, z czego korzystać może zwłaszcza młokos w składzie – Kluk, który zapewnił mnie dziś w drodze na nielegalną wieczorną kąpiel w basenie (vide: kolejny akapit), że ma już ukończone 18 lat, przy okazji dodając, że wygląda na 26. Schoolsi – powoli, mozolnie, ale pną się w górę i wygląda na to, że NPC drużyny będzie niebawem mógł spokojnie zmrużyć oczy przed snem. Kids – tu każdy inny rezultat niż złoto, wierzę w to głęboko, jest scenariuszem z gatunku fantasy.
Mało gramy w tym Stambule. Trzy z pięciu dni eliminacyjnych – raptem po 28 rozdań… Co robić z czasem? W pokoju temperatury oscylują w granicach 50 stopni, w każdym razie dla normalsa (takie słowo dziś gdzieś w sieci się pojawiło) za dużo. W dodatku nie pozwalają nam korzystać z miejscowego, pięknego basenu, co jest gorsze niż pokazywanie dziecku cukierka przez szybę! Robimy sobie więc jakieś małe wypady, podziwiając brawurę miejscowych kierowców busików na drogach góra-dół, góra-dół. A propos miejscowych kierowców; jeden z nich (który przez moment, poprzez misunderstanding, został przemianowany na grabarza) został przez Anię i Zosię oceniony na „9,5/10”. Nie wiem, nie widziałem, nie jechałem, nie wnikam. Wierzę na słowo. Choć Turek 9,5/10?! Inny kierowca (tym razem – jechałem, słyszałem, mogę potwierdzić) taką muzykę serwował, że Agnieszka z Olgą najpierw zaczęły się rytmicznie bujać na swoich fotelach, a następnie rozważać, czy nie zostać chwilę z kierowcą po zakończeniu kursu. I …posłuchać muzyki, rzecz jasna. Czar prysnął, gdy na ostatnim przystanku radio przycichło. Ze spuszczonymi głowami, powoli, wracaliśmy więc do naszej tureckiej hotelowej niewoli (bez klimy, ze wspólnymi dla pięciu pokojów łazienkami – żyć, nie umierać!).
Na Grand Bazarze stambulskim (gdzie dziś się kręciliśmy) niebanalnymi umiejętnościami dobijania targów z miejscowymi kupcami – błysnęła Justyna. Pierwszy rekwizyt wytargowała ze 120 turkisz lirasów na 50. Ale już o kubku, o który prosiłem, by wyprosiła w gratisie, mogliśmy tylko pomarzyć. Pan Turek powiedział, że 3 turkisz lirasy musi wyłożyć chłopak Justyny. Drugi rekwizyt zakupiony został również za cenę ponad dwukrotnie niższą od pierwotnie wymienionej. A przy kupnie trzeciego transakcja przybrała jeszcze inny obrót; zakupiono trzy sztuki towaru w cenie nieco wyższej niż na początku wołano za jedną. Było nieźle, ale gdy dołożono dwa gratisy (z których jednym był …magnes) – zrobiło się już zupełnie przesympatycznie.
Z pierwszej z wycieczek (dwa dni wcześniej, do pobliskiego Sariyer) też wróciliśmy z małymi zakupami. Najciekawszym nabytkiem był Pingwin. Z wielkiej litery, bo tak też został ochrzczony, dla rozróżnienia z innym pingwinem-maskotką, którego imienia nie można wypowiadać, ani choćby napisać. Pingwin służył głównie do stania na baczność, kopania (go – dla relaksu) i podnoszenia się po kopniaku do pozycji na baczność. Ola (choć nie tylko) kopała Pingwina tak często, że uszło z niego powietrze, dosłownie, wszak był to zwierz dmuchany. Jednak fakt wyżycia się na gumowej zabawce bardzo pozytywnie wpłynął na libido* Drużyny, tak, że i Ola, i Reszta Dziewcząt – zaczęły grać jak z nut.
Z innej beczki, związanej z pojęciem „dużo wolnego czasu”… Dla rozrywki postanowiliśmy drugiego dnia kupić trochę sprzętu sportowego. Zaoferował się Roland, którego drużyna (duże gratulacje dla Kacpra, Michała, Michała, Tomka i Każmierczaków – póki co za bezbolesny awans do półfinałów, który, według mnie, zostanie przekuty za dwa dni w pierwsze na tych mistrzostwach złoto) akurat miała mieć pauzę. Kupił więc nasz posłaniec w Sariyer (taka dzielnica Stambułu) piłkę do siatki (10 turkisz lirasów), zestaw do badmintona (25 turkisz lirasów). Turkisz liras jest jak cirka abałt 1,4 złotego, więc drogo nie było. Piłka okazała się warta swojej ceny – po 40 minutach w czterech miejscach szwy się rozeszły, a zdeformowany balon fatalnie ją oszpecił. Biednemu (wtedy jeszcze przegrywaliśmy) wiatr w oczy wieje, a szwy w piłkach pękają.
Graliśmy też we francuską grę karcianą, Podróż. Mimo że występowałem w parze z mistrzynią, Zosią, ograły nas Ania i Kasia, najbardziej uroczy coach tych mistrzostw (wybaczcie: Rolandzie, Marku, Stanisławie „Bubu”…). Z tego miejsca pragnę podkreślić wielkie zaangażowanie Kasi, w tym również w tak niełatwej materii, jaką jest pomoc w powstrzymywaniu Pawła J. od pisania zasłyszanych, nigdzie i przez nikogo niepotwierdzonych informacji na temat Członkiń naszego Teamu i Ich wkładu w poszczególne sukcesy.
Na końcu chciałem jakoś Pawłowi się zrewanżować za to, że tak okrutnie traktuje swoje koleżanki, a moje (tutaj) Podopieczne, i nieco mu dogryźć, pisząc opowieść o tym „Jak to Paweł wygrał impa z Botswaną”, ale pokrzyżowały mi się szyki, gdy okazało się, że W JEDNYM Z ROZDAŃ, pierwsze primo, nasi wygrali owe 3NT z czterema nadróbkami w pokoju Maćka i Sławka, a drugie primo – (według protokołu) wist nastąpił z czwartej najlepszej i nie trzeba było przymusu do wzięcia trzynastej lewy. Z tego miejsca należy jednak zaznaczyć, że na stole Pawła padł jak najbardziej poprawny wist (klasyk napisałby: szkutny) kierową Damą, który w sposób znaczący utrudnił botswańskiemu rozgrywającemu egzekucję ostatniej lewy. Choć i tu protokół nie poszedł mi w sukurs, bo wygląda na to, że wist oddawał Kuba. Czyli jednak chyba nie ograł na impa Botswany nasz Pawełek :(, do śledzenia którego RELACJI serdecznie zapraszam. Jako ich fan wierny i oddany!
Przy tej okazji przepraszam innych zagorzałych fanów pióra Pawła, że jeszcze nie wystukuję równie mądrych, a zwłaszcza – zabawnych (!), myśli na klawiaturze, ale dopiero się uczę. Pociesza mnie jedynie to, że nieco lepiej niż Paweł stosuję się do reguł interpunkcji.
* Libido – pojęcie stosowane przez jednego z czołowych polskich juniorów, oznaczające mniej więcej tyle co morale (prawdopodobnie) **.
** nie sposób nie zauważyć, że nawet „gwiazdkowanie” pewnych sformułowań celem późniejszego wytłumaczenia w „przypisie” – podkradłem Pawłowi, pierwszemu prawdziwemu polskiemu brydżowemu blogerowi.
 

 

Zaliczki w wysokości 200 zł prosimy przelewać do 30.06.2017 r.

 

Relacje Marcina Kuflowskiego

Marcin Kuflowski

tel.: +48 507 065 495
e-mail: marcin.kuflowski@gmail.com

Obozy brydżowe w sieci: FB

 

www.wczasybrydzowe.pl            STACHNIK 2016